<title_newspaper=Sztandar Modych> 
<title_article=W kabinie polskiego urawia siedzi mody Chiczyk> 
<author_1=>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1954">
<month="5">
<date=1954-05-27>
<period=d>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Luty mia si jednak zakoczy dla nich przykrym dowiadczeniem. Bya sobota. Pomocnicy poszli ju do domu. Romek i Jzek zostali na drug zmian. Dzie jutrzejszy  niedziela, bya ostatnim dniem miesica. Tymczasem fabryce brakowao jeszcze dni do zakoczenia planu miesica.
Stali wic obaj przy mechanizmach. Pracowali w milczeniu. Trzeba byo nadrabia utracony nie z ich winy czas. Potem poszli na kolacj. I jakie licho skusio ich? Spojrzeli sobie w oczy... A moe by tak... Co?... Jutro Romana...
Wypili, ucisnli sobie rce.
Pnym ju wieczorem przyszed naczelny. Chodzi od stanowiska do stanowiska. Trudno byo na jego szerokiej twarzy nie dostrzec gbokiej troski.
Zbliy si i do nich. Zapyta jak si im pracuje, czy dadz rad na czas zakoczy robot. Po czym unis wzrok i przez chwil przyglda im si w milczeniu. Obaj czuli si nieswojo:  czyby zauway? Przecie wypili niewiele. Dyrektor jednak nic wicej nie powiedzia i poszed dalej cikim, powolnym krokiem.
I oto nagle na pocztku marca zjawi si z rana starszy robotnik, Zych, i owiadczy, e dyrektor przysa go do pomocy brygadzie.
Jak to, czy nie daj sobie rady, czyby nawalili kiedykolwiek? Dlaczego taka krzywda? Skd ten brak zaufania?
Pobiegli do zarzdu zakadowego. Romek spotka towarzysza Stasko, aktywist partyjnego, ten pozna od razu, e z chopcami niewyranie. Romek powiedzia mu zdenerwowany:
 Towarzyszu, nasz brygad chce dyrektor rozbi.
Poszli do gabinetu dyrektora. Siedzia tam ju sekretarz komitetu zakadowego i przewodniczcy ZMP.
Dyrektor zapyta chopcw, czy zdaj sobie spraw, jak bardzo odpowiedzialn prac wykonuj. Czy wiedz, e najmniejsza ich niedokadno moe drogo, bardzo drogo kosztowa robotnika.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>
